Kiedy decydować się na płatną wersję programu do faktur
Jak pewnie wiadomo każdemu przedsiębiorcy prowadzącemu małą działalność gospodarczą, na potrzeby niewielkiej firmy w zupełności wystarczy prosta aplikacja do fakturowania. Czasami jednak darmowe rozwiązania już nie wystarczają i trzeba pomyśleć o zakupie licencji komercyjnej. Jest kilka głównych powodów, dla których właściciele firm się na to decydują.
Główną kwestią jest zazwyczaj praca z magazynem. Jest to ważne kiedy nasz obrót jest stosunkowo szybki i musimy sprzedaż dostosowywać do stanów magazynowych tak by nie sprzedać czegoś czego nie mamy. Darmowe aplikacje nie zapewnią nam takiej funkcjonalności.
Kolejną przyczyną, w dużej mierze powiązaną z powyższą, jest niezdolność większości programów do fakturowania do komunikowania się z sobą w sieci. Jest to niezbędne kiedy mamy kilka stanowisk sprzedaży, dajmy na to w hurtowni, i każde działa niezależnie od siebie. By móc na bieżąco kontrolować to co dziej się w firmie potrzebna by była ręczna synchronizacja baz danych po wystawieniu każdej faktury. Działanie w sieci umożliwia wprowadzanie zmian równocześnie na wszystkich stanowiskach. Niestety znalezienie darmowego programu, który byłby do tego zdolny dłużej niż 30 dni graniczy z cudem.

Towarzystwa ubezpieczeniowe oferując nam umowę AC dołączają do niej Ogólne Warunki Umowy. Zazwyczaj są one bagatelizowane przez klientów lecz jest to bardzo poważny błąd. OWU zawierają bowiem bardzo dużo zastrzeżeń w stosunku do głównych zapisów polisy w tym warunków wypłacania należności w przypadku spełnienia się ryzyka. Znajdują się tu również klauzule całkowicie wyłączające odpowiedzialność ubezpieczyciela.
Niedawno ruszyła inicjatywa organizowana przez Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, która ma na celu skończyć z procederem podawania nieprawdziwych danych przez kierowców w trakcie zawierania umów o ubezpieczenia komunikacyjne. Z szacunków ubezpieczycieli wynika, że dane o stłuczkach by nie tracić zniżki zatajało nawet 10% kierowców. Dla deficytowego rynku ubezpieczeń komunikacyjnych jest to naprawdę duży problem.
Końcówka roku 2010 przebiega pod znakiem ograniczonego ożywienia na rynku nieruchomości. Związane jest to ze strachem prywatnych inwestorów przed osławioną rekomendacją T oraz innymi ograniczenia akcji kredytowych, w tym wyczerpania się środków dla programu Rodzina na Swoim. Duże znaczenie ma także akcja deweloperów polegająca na ferowaniu niejednokrotnie dużych upustów cenowych i przeróżnych promocji takich jak wykończenie i umeblowanie w cenie mieszkania. Są oni zmuszeni do takiej działalności ze względu na dużą ilość niesprzedanych mieszkań i domów, które zaczynały powstawać w latach 2007-2009 kiedy wydawało się, że końca boomu w nieruchomościach nie będzie przez dekady.
„Spread” to termin do niedawna zupełnie nieznany. Nawet osoby posiadające kredyt walutowy nie zdawały sobie specjalnie sprawy z jego istnienia chociaż zauważały, że kursy wymiany walut, po których banki przeliczały wysokość comiesięcznych rat. Termin ten najprościej można wytłumaczyć jako różnicę pomiędzy realnym kosztem wymiany walut a kursem, który liczy sobie bank. Jest to jego realny zysk. Czysty zysk. Dla przeciętnej pożyczki na kwotę 300.000 złotych z okresem kredytowania 25 lat dodatkowy koszt przy płaceniu każdej raty wynosi ok. 200 zł. Najmniej skrupułów w tej kwestii ma Dombank, który dolicza sobie aż 13% wartości waluty. Standardem jest spread na poziomi 5-7%.